Koniec świata nudnych biegów

Ciuchy, poradniki, wydarzenia kolektywne dające poczucie przynależności. Są i osiągnięcia mierzone twardą miarą, nie to co w gimnastyce artystycznej, do tego medale, gadżety, Garminy, ochraniacze na sutki, Runkeepery i wspomagacze, legalne mniej lub bardziej. Jak przystało na każdy amatorsko uprawiany sport, mamy też dwie zasadnicze kategorie osiągnięć – na trzeźwo i na kacu. Oraz dwie ważne podkategorie – z kontuzją i bez. Moda na bieganie ruszyła naprawdę sporą rzeszę ludzi z kanap, wypchnęła ich na powietrze ze zbyt rzadko wietrzonego M2. Krytycy tej  pięknej bądź co bądź aktywności, przywołują niski poziom emocji, ogólną nudę i brak głębszej idei sportu, zdarza się też, że bełkocą bezlitośnie o zablokowanych ulicach,  przez co nie byli w stanie dojechać dokądś na czas. Głównie jak sądzę do niedzielnej kolejki po lody tradycyjne. Pasjonując się sportem od dziecka nauczyłem jednej rzeczy – każda dyscyplina ma zajebisty insight, technikę, strategię, umiejętności i nadaje się do godzin dyskusji, przed zawodami, po zawodach, a jeśli się da to i w trakcie, zarówno przez uprawiających jak i oglądających. I nie ma tutaj wyjątków. Każdy curling, każde strzelanie do rzutków, każdy rzut młotem, każde bieganie.

Prostota.

Gdziekolwiek jesteś, potrzebujesz tylko pary butów, nieco bawełny do przepocenia i możesz śmigać. Uwielbiam sporty proste, mobilne, nie wymagające szczególnych warunków pogodowych ani przyczepy sprzętu. Jeśli surfing to tylko ten na falach. Nie kite czy wind. Zero rozstawiania, rozplątywania, decha pod pachę, smycz na kostkę i heja. Upływa właśnie trzecia dekada debaty o wyższości snowboardu nad nartami ( lub odwrotnie ) i jedynym sensownym wyróżnikiem wydaje się praktyczność nart, które biją pod tym względem snowboard na łeb, szyję i dupę. Wstajesz z wyciągu i nawet nie zatrzymując się, jedziesz, bez moczenia czy odmrażania tyłka o zimny stok, bez ustawicznego przypinania i odpinania deski. Z bieganiem jest identycznie – najważniejszym ze sprzętów, a jeśli jesteś akurat nad morzem to i jedynym,  jest twój własny, oby sprawny szkielet. Na bieganie nie musisz też się z nikim umawiać, co w egoistycznym i zabieganym społeczeństwie też potrafi być błogosławieństwem. Z tego miejsca symboliczne czapki z głów przed wszystkimi organizatorami gier zespołowych, którzy z miłości do ukochanych dyscyplin przechodzą cyklicznie koszmar organizowania odpowiedniej ilości graczy na podobnym poziomie, w to samo miejsce i na tą samą godzinę. A jeśli chcesz pobiegać to w nawet najlepiej samemu. Bo w grupie wychodzi coś w stylu, który opisuje jedna z moich ulubionych blogerek. Ja również wole sam, bo wtedy niby nie wypada muzyki słuchać, na dodatek traci się tą moc rywalizacji ze sobą. A na gadanie schodzi zdecydowanie za dużo tlenu.

Poza prostotą sprzętowo-organizacyjną ogromną zaletą wydaje się również brak jakichkolwiek wymagań jeśli chodzi o umiejętności techniczne i talent ruchowy. Bo w sumie już na pierwszej lekcji biegasz i wracasz do domu z wynikiem. Nic dziwnego – bieganie to obok chodzenia dar biologiczny, pierwotna umiejętność. Naprawdę, podziwiam wszystkich, którzy uczynili je swoją dyscypliną numer jeden. Podziwiam za wytrwałość, dokładnie tak jak podziwiam pływaków za zacięcie do przekopywania wody w ramach przygotować do jej ostatecznego zaorania podczas zawodów. Równie mocno im współczuję. Jest tyle wspaniałych, technicznych dyscyplin, które dostarczają frajdy bez pomiaru czasu i zapisu trasy na endomondo. Prostotę należy jednak zapisać na plus i to pierwszy wytrych do popularności. Po drugie – nie odejmujmy kredytu filmom o Nowym Jorku. Kto by nie chciał poczuć się przez chwilę inwestorem z Wall Street  rozpoczynającym dzień joggingiem po Central Parku? U nas można być pracownikiem korpo startującego dzień przebieżką wokół górki szczęśliwickiej. American dream, w wersji na eksport wewnętrzny. Po trzecie – social media,  z naciskiem na Instagram i Endomondo. Do dziś mielibyśmy pewnie jeden sklep biegacza na całą Polskę, gdyby nie platformy chwalenia się wynikami czy wrzucenia z przytupem fotki z biegu w nowych butach. Po czwarte perfekcjonizmowi ambitnych – to dyscyplina, w której chyba najtrudniej rozróżnić zawodowca od rzetelnego amatora, pasjonaty. Oczywiście z odległości większej niż 10 metrów, o zdjęciach nie wspominając. A znam takich, których przerasta uprawianie czegokolwiek gdy czują, że nie wyglądają jak ich odpowiednicy pro na Eurosporcie. To właśnie oni, swoimi ambicjami, wciągnęli całą resztę na wyższy poziom.

Usportowienie względnie zbędne.

Wspominałem już, że nie cierpię biegać. Nie żartuję. Biegam częściej będąc w delegacjach w różnych częściach Europy niż gdy jestem w domu, ewentualnie gdy wyłoży mi się plan dnia i zabraknie czasu na siłownię. Korzystam wówczas ze wspomnianej prostoty. Gdy już mam na sobie buty i biegnę, oczywiście cieszę się, że nie siedzę z dupą przyspawaną do kanapy lub nie leżę na łóżku szpitalnym, jednak moja dusza płacze, zalewa się łzami, przybita przez świadomość, że każdą z wykorzystywanych podczas biegu jednostek zużycia stawów i mięśni mógłbym wykorzystać na coś ciekawszego, z polotem, z latająca piłką lub talerzem, lub wiatrem przemieszczającym mnie zgodnie ze swoim kierunkiem. Gdyby nie muzyka na uszach, wierzcie mi, cztery kilometry nadal byłyby moją życiówką. Pocieszam się wówczas tylko, że mogę zapychać się bieganiem, a nie muszę chodziarstwem (podobno można potem niezłą fuchę w TVP złapać). Bo to takie bieganie, tylko na zaciągniętym ręcznym i po lepkiej nawierzchni. Z resztą, i jedno, i drugie to przecież tylko sposoby przemieszczania się, czysta biologia przetrwania gatunku.  W najlepszym wypadku mogę zgodzić się ze sformułowaniem kumpla, który po ukończeniu ostatnio maratonu w Poznaniu stwierdził, że „jest z siebie tak samo dumny, jak nudne jest bieganie. Nudne, ale wkręca”. Nie sądzę, aby było dużo przypadku w tym, że to chyba jedyny sport, z którego nie zrobiono gry Amigę. A wierzcie mi, każda znana ludzkości dyscyplina trafiała wtedy w formie grubych pikseli na prymitywne monitory, niszczące wzrok, cerę i młode życia.

Pomysł.

Na szczęście, ktoś wpadł na pomysł biegów z przeszkodami, po błocie i innymi atrakcjami. Runmageddon, Survival Race czy harcorowe odmiany tej koncepcji czyli Bieg Rzeźnika, Epic Run lub cokolwiek z Ultra w nazwie. Jak widać, jałową pierś z kurczaka wystarczy posypać odpowiednim Kamisem, podać w odpowiednim towarzystwie, aby zmieniła się w smakołyk. Dla mnie bingo, absolutny game changer jeśli chodzi o bieganie i w ogóle zabawy oparte na wytrzymałości! No dobra, jest jeden minus – przygotowania wymagają również nieco przygotowania biegowego. Gdy pierwszy raz widziałem film z zawodów, gdzie stado wariatów ścigało się grzęznąć w błocie i pełzając pod drutem kolczastym, pomyślałem, że bez roku przygotowań to mogę co najwyżej pokibicować. Oceniłem tygodniową dawkę w postaci jednego maratonu i sześciu crossfitów na absolutne minimum przygotowawcze. Dzięki bezmyślności organizatorów, którzy czasem wpadają na pomysł organizacji zawodów w niedziele, z błędu wyprowadził mnie serdeczny przyjaciel – ukończył Survival Race w kategorii na kacu i z kontuzją, uzyskując na dodatek niezły rezultat. W klasyfikacji generalnej i na gopro. Tak właśnie zaczęła się dla mnie epoka biegów brudnych z przeszkodami.

_devalon-acker

Od tamtej pory od hasła o kolejnych zawodach, do skompletowania wpłat od całej bandy z reguły mija mniej niż godzina, a biegi zaczęły być pewnymi kamieniami milowymi w moim kalendarzu. W przeciwieństwie do paraolimpiady i innych zawodów, w których chodzi głównie udział a ostatnio też, jeśli nie przede wszystkim, zdjęcia lądujące później na Instagramie, tu liczy się przede wszystkim aby nie dać ciała wobec kolegów z drużyny, żeby nie być najsłabszym ogniwem, ani największym głąbem z plemienia…. Jeszcze przed startem patrzymy sobie głęboko w oczy i od razu wiadomo kto w jakiej stawił się dyspozycji, kto jak przepracował okres przygotowawczy, kto miał najwięcej momentów słabości przejeżdżając obok KFC czy odbierając telefon w piątkowe i sobotnie wieczory. Kto najwięcej razy dał się poczęstować Marlboro na firmowej imprezie.

Zrób to po swojemu.

W biegach z przeszkodami każdy znajdzie swoją płaszczyznę rywalizacji. To ogromna zaleta. Można ze sobą, można drużynowo, można dla zabawy, można dla zwrotu kasy za suplementy. Niektórzy potrafią na trasie przez kwadrans pozować do zdjęć bo zwyczajnie mają w dupie czas, a jeszcze inni skrócić sobie trasę o kilkaset metrów „bo przecież chodzi o zabawę”. W całym tym paraolimpijskim upośledzeniu każdy odnajduje własną ścieżkę. Poprzedni rok traktuję typowo jako wdrożenie do nowej dyscypliny. Zaczęło się od delikatnych dystansów 5-6 kilometrów, ale dość szybko okazało się, że nawet 12 kilometrów po prostu zbyt szybko się kończy. Udało się też zrozumieć od czego zależy uzyskany czas, zarówno indywidualny jak i całego teamu. Z ulgą potwierdziłem też, że przygotowanie biegowe to tylko mała część, i że wynik buduje sprawne pokonywanie przeszkód oraz utrzymanie się w ciągłym ruchu w kierunku mety. Nie wspomniałem jeszcze o jakości poszczególnych zawodów. A częstotliwość przeszkód, ich jakość i różnorodność oraz skrupulatność organizatorów robią różnicę i od nich zależy wskaźnik dobrzej zabawy. Tutaj Survival Race gaśnie, Runmageddon rządzi i jednocześnie daje dwa razy mocniejszy wpierdziel na tym samym dystansie. Dwa razy więcej zabawy za tą sama kasę? Namówili…

Wszyscy jesteśmy fajni.

A na koniec dają medale. Zajebiste medale, ostatnio nawet Survival Race się postarał. Dostają wszyscy bez wyjątku, zupełnie jak w przedszkolu. Gdyby to ode nie zależało, wszystkim dawałbym świadectwo ukończenia, na medal wolałbym zapracować wynikiem. Muszę się jakoś pogodzić z trendem, w którym nie wyróżniamy już najlepszych, ale próbujemy uzyskać zadowolenie większości za ich własne pieniądze. PR w sumie lepszy. Trochę jak z tymi dyscyplinami na igrzyskach olimpijskich przeznaczonymi dla upośledzonych sportowo nacji, które zwolnienie z WF-u na sztywno wbijają w życiorys. MKOL trzyma je w programie, żeby każdy kraj świata zachował szanse na jakikolwiek medal. Tylko patrzeć jak pojawi się pięciostopniowe podium oraz medale w kolorach platyny i miedzi. No ale. W grupie siła, w dużej jeszcze większa. Bez tysięcy startujących nie byłoby takiej skali wydarzenia, potrzebni są więc tacy, którzy bez ładnego medalu na koniec nie pobrudziliby sobie trzewików. Takich też znam, biegają czasem z nami.

Trzymajcie kciuki.

W najbliższą niedzielę lecimy, my czyli Kings of Mortgage, Runmageddon Hardcore po pustyni Błędowskiej, w okolicach Dąbrowy Górniczej.

fot. devalon acker (oryginal) źródło: flickr.com

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s