Lataj i odkrywaj – część 2

Cała grupa była już od kilku minut w powietrzu. Moja próba startu nie poszła najlepiej. Wygrzebywałem się właśnie spomiędzy sterty głazów i solidnej kępy krzaczorów, gdy usłyszałem, jak zawsze pozbawiony emocji głos Macieja. „Właśnie, Mikołaj, o jednej rzeczy zapomnieliśmy. W busie pod jednym z siedzeń w środkowym rzędzie jest spadochron zapasowy, warto żebyś go miał”. Faktycznie, każda z uprzęży jakie mieliśmy do dyspozycji była wyposażona w tak zwany „zapas”. Każda akurat oprócz mojej. Fakt, że nie mieliśmy pojęcia jak z niego korzystać, nie musiał oznaczać, że w kryzysowej sytuacji pociągnięcie czerwonej taśmy nie uratowałoby nam skóry. Przynajmniej w teorii.

Pomaszerowałem grzecznie do zaparkowanego nieopodal Ducato i przytargałem spadochron awaryjny, który, dla niezorientowanych, ma postać niewielkiego, dość ciężkiego, czarnego pakunku z wystającą czerwoną linką i kilkoma karabińczykami. Za ich pomocą przypiąłem go do uprzęży i określenie lekka ostatecznie przestało do niej pasować. „Ja pierdolę, Maciej, kurwa, nie działają żadne manewry. Ciągnę te linki tak jak nas uczyłeś i nic. Wiszę tu i się nie poruszam w żadną stronę” – odezwały się nagle krótkofalówki, jednocześnie moja i Macieja. Magda była małym punktem w oddali, wysoko, znacznie wyżej niż miejsce startu. Wyraźnie nie podobało się jej, że zamiast tracić wysokość systematycznie ją zyskiwała.

Vojak, startowisko na masywie Učka położonym nad zatoką Rijecką. Mieliśmy za sobą sześć lotów z 165-metrowego Kasteliru. Nasze doświadczenie liczyło trzy dni, no i jeden, jeśli liczyć bieganie po polanie pod Warszawą. Ile masz lat chłopczyku? Trzy i pół! Lot z Vojaka miał mieć ponad osiemset metrów różnicy wysokości, jeśli liczyć między punktem startu, a lądowania. W praktyce wyszło znacznie więcej. Magda wisiała jakieś dwieście metrów powyżej punktu startu, była wyraźnie niezadowolona ze swojego położenia i nie zanosiło się, że szybko wyląduje. Pierwsze pytanie jakie zadają wszyscy początkujący brzmi „a co jeśli złapię takie noszenie, że będę lecieć tylko w górę i w górę?”. A Magda właśnie poznawała na nie odpowiedź. Kręcisz, uciekasz, ściągasz linki paraliżując nośność skrzydła albo w końcu zrobisz to dobrze albo w zmienią się warunki. A te były tego dnia doskonałe, wieczorna bryza dmuchała ciepłym, śródziemnomorskim powietrzem prosto w stok Učka sprawiając, że lot opadający chwilami niewykonalnym.

Drugi start miałem już udany. Natychmiast porwało mnie w górę. A na pewno bardziej w górę niż do przodu. Polatałem przez kilka minut wzgłuż stoku, na tak zwanym żaglu i znalazłem się dobre sto metrów wyżej niż wystartowałem. Nawet skromne umiejętności początkującego pozwoliły tego dnia na taki wyczyn. Odwróciłem głowę i po drugiej stronie masywu ukazała się zatoka pełna jachtów oraz wyspa Losinj. W końcu mogłem chwilę delektować się widokami, chociaż w środku wciąż telepało cholernie, do całkowitego oswojenia z wysokością i lataniem miałem jeszcze daleko. Myśl o zrobieniu selfie szybko została zduszona przez rozsądek. Głos Magdy w eterze nieco się uspokoił, zaczęła wreszcie nieco tracić wysokość. Z pułapu jaki osiągnęła za masywem widziała Rijekę. A u mnie znowu ta myśl – fajnie, genialnie, fanstamastycznie, latam, ale jakże fajnie będzie znaleźć się z powrotem na ziemi. No i z drugiej strony – czy istnieje lepsze położenie niż to w którym jestem teraz?! Dobre dziesięć minut później opuściłem strefę noszenia i zacząłem powoli lecieć w kierunku wyznaczonego przez Macieja na lądowanie skrzyżowania polnych dróg. Pachniało groteską, gdy wskazywał nam ze startowiska miejsce, gdzieś taaaam daleko, kilkukrotnie precyzując, o który punkt na rozciągającym się po horyzont krajobrazie chodzi.

Po jakiś 40 minutach lotu prawie udało mi się trafić w samo skrzyżowanie. Większość grupy czekała już na ziemi, z wypiekami na twarzy zwijała paralotnie i wymieniała wrażenia. Ostatni lądował Kuba – kursant Macieja sprzed kilku lat, który wraz z małżonką mieszkał z nami na kempingu. Dołączali do nas codziennie na wspólne latanie. Jako jedyny nie latał na sprzęcie szkoleniowym, a na takim o półkę wyżej – naturalnie więc w powietrzu utrzymywał się najdłużej ze wszystkich. Gdy czekaliśmy, aż Maciej dojedzie po nas busem, Kuba opowiedziałem nam historię swoich lotów niskich. Podczas swojego pierwszego wyjazdu na paralotnie, miał, jak się okazało, wątpliwe szczęście do pogody na Słowacji. „Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie macie szczęście, że was to ominęło. Makabreska. Wpinasz się, ogarniesz sprzęt, jeśli masz trochę szczęścia na kilka sekund się unosisz, lądujesz i z całym ekwipunkiem dymasz pod górę sto albo więcej metrów. Na koniec wykręcasz ciuchy dokładnie jak tego dnia, gdy popsuła ci się wirówka w pralce. Was kosztowało to chwilę powiedzmy strachu, a ominęliście koszmarny oraz dyskusyjnie przydatny etap szkolenia. Przed pierwszym lotem wysokim prawdę mówiąc też nic nie umiałem i bałem się jak cholera” – zakończył. Zdanie Kuby nie pozostawiało suchej nitki na zbyt rozwlekłym, jak to często, jak to zawsze, początkowym etapie szkolenia.

Wyjazdy z Machem to nie tylko latanie, bo to zabiera kilka godzin dziennie, powiedzmy do pół dnia. Pozostały czas spędzaliśmy na plażach Istrii lub zwiedzając co się dało w okolicy. Głodni? Telefon, pizzeria, proszę przygotować stolik dla grupy 9 osób. Memory, find… Macieja znają w całej okolicy, zalety? – wiadomo, niemalże jak zwiedzanie z lokalesami u boku. Nie płacisz frycowego ani podwójnie. Bawisz się tam gdzie jest zabawa, a nie tam gdzie kierują turystów. Podczas tak zorganizowanej kolacji w malowniczym grodzie Motuvun, zadaliśmy Maciejowi pytanie, na które chyba czekał. Czy nie boi się nas i innych kursantów wypuszczać z Kasteliru bez wcześniejszej praktyki w lotach niskich, z ominięciem jednego stopnia szkolenia? „A to czy potrafisz zrobić zatoczkę czyni cię lepszym kierowcą w ruchu ulicznym? Gdy wypuszczam was z Kasteliru nie ma żadnego znaczenia czy odbyliście loty niskie czy nie. Musicie mi uwierzyć na słowo, ale tak właśnie jest”.

anneke-van-beekfot. Anneke van Beek       źródło: flickr.com

No właśnie. Szkolenia. Gdy jako dzieciak stawiałem pierwsze kroki w tenisie, aby postawić nogę na prawdziwym korcie musiałem, odbić kilka tysięcy piłek od ściany, pokruszyć pięć cegieł na poczet konserwacji nawierzchni kortu, przynieść dwa worki wapna do wózka malującego linie. A potem jeszcze  czekać, czekać, czekać na wielki zaszczyt odbijania piłek przez siatkę. Na początek tylko przez kilka minut, żeby nie było zbyt kolorowo. Albo dajmy na to kurs żeglarstwa. Rozpoczniesz go od zwijania lin, czyszczenia łodzi, wybierania wody z zęzy, a jak masz szczęście to wyślą Cię do bosmana po wiaderko kilwatera. Potem jest nauka wiosłowania, ciągnięcia szotów i klarowania żagli. Na rumpel długo patrzysz jak głodny na kiełbasę.

Kemping, na którym mieszkaliśmy był polaną zakończoną zboczem masywu Buzet. Na zboczu kilka lat temu właściciele dobudowali basen. Woleli basen niż system podgrzewania wody w sanitariatach, bo jak  twierdzą, nagoniłoby to zbyt wielu chętnych. A Nevio i jego żona raczej mówią o dzieleniu się swoim stylem życia niż o prowadzeniu kempingu. Mieli kiedyś polski samochód, z tego wywnioskowałem – dużego Fiata. W pewnym sensie odkupili go w Krakowie od polskiego taksówkarza z Katowic, który w 1968 roku zgodził się zawieźć ich właśnie z Katowic do grodu Kraka. Pociąg był im nie w smak, a że dysponowali żywymi, niemieckimi Markami, taki stukilometrowy kurs kosztował ich śrubki. Po drodze zajechali coś zjeść no i się napić. Niestety, nie zauważyli, że ich kierowca również zaczął ostro wlewać w siebie wódkę równo z nimi, najwyraźniej uradowany dealem życia jaki zrobił na kursie do Krakowa. Po kolejnej setce „do obiadu” taksówkarz wbił gwoździa i już się nie podniósł. Zdołał im jednak zakomunikować, że w ramach kasy jaką mu dali, mogą zabrać samochód i jechać sami, co też uczynili. Polaków lubią do dziś. Poza wodą, przyjęli nas wyjątkowo ciepło.

Nevio, żona i przyjaciele również latają. Dosypali 20 wywrotek ziemi na zbocze, aby odpowiednio je wyprofilować. Powstał w ten sposób jeden z najpopularniejszych spotów do latania w okolicy – Buzet de Nevio. Właśnie odbyliśmy loty na zaliczenie pozwalające uzyskać licencję pilota paralotni. Licencję, co warte podkreślenia, w wersji słowackiej, czyli po prostu uprawnienia nadał nam słowacki związek paralotniowy. Podstawą był egzamin teoretyczny oraz właśnie lot z Buzetu oceniany i nagrywany przez Macieja. Z różnych powodów musimy różne rzeczy robić poza naszym własnym krajem. Tym razem powód prozaiczny – u nas podobno zamęczają na dzień dobry teorią, budując sobie podstawę do upierdzielenia każdego kogo tylko sobie upatrzą na do widzenia. Kłania się nisko socjalizm koncesyjno-etatystyczny.

To już ostatni gwóźdź do trumny zorganizowanych wczasów z pięknego katalogu. Kolejny raz okazuje najbardziej zajebiste wyjazdy pozbawione są komercyjnej otoczki, profesjonalnego logo i strony www, przynajmniej na czasie.

Na wiosnę latanie w Izraelu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s