Lataj i odkrywaj – część 1

Opowiem Wam historię.

Widziałem w tym roku w górach gościa na nartach. przypiętego do paralotni. Pomyślałem, że fajnie, my tu śmigamy całkiem konkretnie, łamiąc kolejne rekordy prędkości, ale on cholera i tak chwilowo ma fajniej. Kumpel, z którym akurat harataliśmy alpejskie stoki znał temat i podparł mnie wiedzą. O zbyt wielu rzeczach w życiu marzę, aby nie znać uczucia marzenia odłożonego za szybę, w sferę pomiędzy „kiedyś” a „fajnie by było”, na szczęście półkę wyżej od „to nie dla mnie” i „nie dałbym rady”.

Czasem obserwujemy jak inni robią niesamowite rzeczy i myślimy, że to nie dla nas. Jakbyśmy patrzyli na zegarek za sto tysięcy – istnieje, ale nie bardzo wiadomo, kto miałby go nosić. Albo jak z samochodami klasy Lamborghini – niektórzy myślą chyba, że są one tylko po to by zrobić sobie przy nich zdjęcie. Jeśli nosisz zegarek za sto tysięcy przejdź do następnego akapitu. Chociaż nie, bo być może patrząc na wyczyny Felixa Baumgartnera, również masz uczucie zbliżone do window shoppingu. Pomyślałem, że zabiorę się za paralotnie jeszcze w tym roku, albo umrę, nie odrywając się od ziemi bez podania numeru karty kredytowej i przejścia przez security check.

Ekipa.

Ekipy nie kompletowałem długo – na szczęście otaczam się częściowo takimi ludźmi, którzy chyba tylko czekają, aż ktoś wpadnie na jakiś nie do końca bezpieczny dla zdrowia pomysł. Załapaliśmy się jeszcze na etap edukacji, w którym mit o Dedalu i Ikarze figurował na liście pozycji obowiązkowych. Wiedzieliśmy więc, że latanie to nie żarty, szczególnie dla ludzi, którzy większość życia spędzili chodząc, sporadycznie pływając, co jakiś czas żeglując.

Piątkowy wieczór uczciliśmy rozmowami o dupie Maryni i kolacją z winem. Na okazje, gdy rozsądek każe skończyć na rozsądnej liczbie dwóch lampek, zawsze mam gotowe naprawdę pojemne kieliszki. Pościeliliśmy kanapę dla gości i parami zalegliśmy na spoczynek. Magdalena, Joanna i Mikołaj oraz moja skromna osoba. Pierwsza noc zasłużonego urlopu.

Początki.

Wczesnym rankiem już tylko ekscytacja. Jak będzie, co będzie, czy nauczymy się latać? Czy będą warunki, a może pokona nas meteo. Znaków zapytania dodawał fakt, że wzięliśmy pierwszą z brzegu ofertę nauki paralotniarstwa. Research zostawiliśmy w słowniku języka angielskiego. Zgłosiliśmy się do szkoły latania „Mach”, wiedząc tyle, że szkolenia odbywają się w Europie, a ich konkretna lokalizacja zależy głównie od pogody. Czasem Rumunia, czasem Macedonia, najczęściej Chorwacja. Punktem zaczepienia miały być darmowe szkolenia gdzieś pod Warszawą, polegające na nauce rozplątywania linek i bieganiu po płaskiej polanie z paralotnią nad głową. Pogoda postanowiła jednak być mądrzejsza i tenże wstępny kurs miał dojść do skutku dopiero pierwszego dnia urlopu. Połowę kasy za wyjazd wpłaciłem po krótkim zapoznaniu się ze średnio przejrzystą stroną internetową oraz krótkiej rozmowie telefonicznej z Maciejem, instruktorem i organizatorem wyjazdu w jednej osobie. Reszta naszej części wycieczki nie zadawała pytań. Zginiemy kiedyś przez takie podejście. Ale to kiedyś.

W sobotni poranek, na polanie zlokalizowanej na skraju puszczy Kampinoskiej zaczęliśmy od ogarniania sprzętu do latania, nauki jak nie plątać linek oraz jak poprawnie stawiać to całe, cholerne już na tamtą chwilę, skrzydło, paralotnię. Łącznie było nas ośmioro – nasza czwórka plus Monika, Karol , Robert i Marcin. Szybko się wszyscy zakolegowaliśmy. W przerwie dostaliśmy od Macieja pyszne wiejskie śniadanie, bo co innego miał nam zaserwować na werandzie swojego drewnianego domku, na tyłach którego stawialiśmy pierwsze kroki, mające nas zaprowadzić w przestworza. Nakarmieni wróciliśmy do ćwiczenia podstaw i do popołudnia walczyliśmy głównie z przeciążeniem sensorycznym. Niżej na nogach, ręce trochę niżej i szerzej, włóż to kolano i obciążaj obie krawędzie na raz – ot, prosta recepta na doskonałą technicznie carvingową jazdę na nartach. Tylko weź to człowieku wykonaj wszystko na raz. Ręce wysoko, cały czas biegnij, kontroluj czy poruszasz się idealnie pod wiatr, a jeśli ci paralotnia ucieka w którąś ze stron, to podbiegnij pod nią – dokładnie odwrotnie niż podpowiada tobie intuicja. Maciej pokrzykiwał na nas znudzony, w między czasie maniakalnie wyrywając chwasty co miało zwiększać powierzchnię treningową polany. Robił to z zacięciem, jakby co najmniej szykował to miejsce na wieczorne lądowanie sześciosilnikowego Antonova. Generalnie, zielarstwo level hard.

Dobry dojazd to podstawa.

Od początku obawialiśmy się o transport, a mieliśmy niby jechać prosto do Chorwacji. W korespondencji mailowej jaką wymusiliśmy przed dniem pierwszym dowiedzieliśmy, że „ze względu na beznadziejne meteo nie będzie niskich lotów na Słowacji”. Na zbiórkę pod swoim domem Maciej podjechał lekko przyrdzewiałym fiatem Ducato, więc natychmiast stwierdziliśmy, że to na pewno auto do jego lokalnych wypadów, ewentualnie przewożenia zapasu ziemniaków na zimę. Oczyma wyobraźni widzieliśmy się w maksymalnie dwuletnim Mercedesie Viano, oczywiście z przyciemnianymi szybami i rozkładanymi fotelami, rzecz jasna z klimatyzacją oraz DVD, a być może nawet minibarem. Nic takiego się nie wydarzyło – Ducato okazało się pojazdem docelowym. Przeliczyliśmy więc kierowców. Wyszło nam tyle, że Maciej, sztuk jeden. I ile razy byśmy nie liczyli, wynik nie chciał drgnąć, podobnie z resztą jak ilość kilometrów do przejechania oraz liczba godzin jaką miała trwać zbliżająca się podróż. Na prowizorycznych hakach wkręconych w spód balkonu jednego z drewnianych domków na terenie szkoły latania, przećwiczyliśmy jeszcze tylko manewr przejścia z siedzenia w uprzęży do zawiśnięcia w niej, podobno przydatny przy lądowaniach i byliśmy gotowi do drogi. Maciej, widząc nasze obawy o jazdę, rzucił przelotnie, iż rozumie że nie będzie problemu, żeby ktoś go zmienił za kółkiem. O dziwo chętnych nie zabrakło. Beze mnie, ja jadę na wczasy i uwielbiam być wożony.

Jeszcze tylko szybka wizyta na stacji benzynowej po napoje uspokajające dla pasażerów o słabszych nerwach i załadowani po dach paralotniami, namiotami oraz zapasami, ruszyliśmy w pełnym, dziewięcioosobowym składzie w kierunku wybrzeża adriatyckiego. Przejazd przez Słowację potwierdził kilka rzeczy na raz. Prognozę pogody, bo lało i to praktycznie do połowy Węgier, oraz że znieczulaczy kupiliśmy za mało. Przebite koło i potrącony dzik (prawdopodobnie dzik) wciąż przeważały nad sześcioma piwami wypitymi na sen. Potem się uspokoiło, bo czerwone wino przechyliło szalę na korzyść Morfeusza.

Obudziło nas poranne, chorwackie słońce bijące wściekle przez średnio przyciemnione szyby busa. Pobieżne sprawdzenie dokumentów i zawartości przestrzeni bagażowej przez chorwackich pograniczników potwierdziło, że Macieja  traktują tu na równi z  tubylcami. W końcu dotarliśmy na kemping – widok szybko przykrył czapką wszystkie dotychczasowe niewygody. Choćbyśmy mieli nie oderwać się od ziemi, już było genialnie, ale o tym później, za tydzień, w części drugiej.

Niskie loty.

Loty niskie miały polegać na oswajaniu się z przestrzenią, dalszym ogarnianiem paralotni i podrywaniu się na krótkie chwile. Główny nacisk na start i lądowanie – jak to w lotnictwie, przy najmniejszych prędkościach jest najniebezpieczniej. Loty niskie to pierwszy stopień wtajemniczenia, taka pierwsza belka na pagonie. Po rozłożeniu namiotów rzuciliśmy do snu w upragnionej pozycji horyzontalnej, wyprostowanej, na którą w busie oczywiście nie było szans. Odespaliśmy podróż i o 15 Maciej dał sygnał do załadowania się ze sprzętem do busa. Pół godziny zajęło nam dojechanie w okolice ujścia do Adriatyku niewielkiej lokalnej rzeki płynącej środkiem równiny otoczonej wzgórzami. Zaczęliśmy wypatrywać jakiejś paralotniarskiej oślej łączki, stoku o nieznacznym nachyleniu, który pozwoliłby bezpiecznie szlifować zdobyte dzień wcześniej umiejętności, no i w końcu oderwać się od ziemi.

Processed with VSCO with c1 preset

Bus przetoczył się polnymi drogami na sporych rozmiarów ściernisko, otoczone polami dojrzewającej kukurydzy i chyba bagnem. Równina była otoczona górami, które wyrastały z niej od razu „na stromo”. Maciej wysiadł z busa, wystrugał pierwszego lepszego badyla, którego udało mu się zorganizować, przywiązał do niego „rękaw” wskazujący kierunek wiatru, po czym wbił go w ziemię po środku ścierniska, oznajmiając nam, że to właśnie jest nasze lądowisko. „Gdzie zatem jest startowisko”? Nic z tego co widzieliśmy dookoła, nie pasowało do wyobrażenia o lotach niskich, jakie przynajmniej mój mózg raczył wyprodukować. Maciej wskazał na górę wybijającą się z równiny na jakieś 150 wzwyż. „O tam!” odpowiedział nam niechlujnie i Ducato ruszyło we wspinaczkę serpentynami.

Ktoś na ochotnika?

„Robert, Ty mi wyglądasz na odważnego. Polecisz pierwszy” – Maciej wybrał z grupy ochotnika zanim jeszcze dobrze zaparkował busa w pobliżu startowiska. Dobrze, że ja wyglądam na nieco mniejszego chojraka, pomyślałem. Lotu Roberta nie widziałem – w mojej głowie trwałą wówczas kalkulacja ryzyka oraz próba wytłumaczenia sobie dlaczego i jakim prawem fizyki ja w ogóle mam oderwać się od ziemi. Nie mam pojęcia kto leciał następny, ale w końcu przyszła kolej na mnie. Niewiele myśląc wpiąłem się w uprząż, ustawiłem się pod wiatr i czekałem aż Maciej, ha ha, uniesie semafor. „Czy istnieje życie po śmierci?” – nurtuje Was czasem to pytanie? Tylko kilka kroków do przodu wydawało się dzielić mnie od odpowiedzi.

Ruszyłem naprzód ile fabryka dała. Zgodnie z instrukcjami Macieja zaciągnąłem lekko sterówki, co spowodowało, że momentalnie straciłem kontakt z podłożem. Pięć sekund później moja wysokość wynosiła 30 m. 10 sekund później – fak, fak, fak jestem 100m nad ziemią. Człowieku, przecież tego właśnie chciałeś, zajebiście. Głos radości z jednej strony, a z drugiej? Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, rozwiązywanie problemu będzie zwykłą zgadywanką. Gonitwa myśli nie miała końca. Otuchy dodawał spokojny niczym u kontrolera lotów głos Macieja płynący z wiszącej na mojej piersi krótkofalówki. Od środka telepało, przeciążenie sensoryczne nie pozwalało specjalnie delektować się widokiem. Sam w powietrzu, na paralotni ledwo raczkując, ledwo nie spadając z rowerka na czterech kółkach. Zwrot w prawo, zwrot w w lewo, podchodzę do lądowania. Podelektowałbym się jeszcze, ale w sumie równie miło będzie być już na ziemi. Zaciągniecie sterówek, pal licho noty za styl, żaden telemark, tylko bezpieczne lądowanie na protektorze, czyli na dupie. Mam grunt pod stopami, żyję, jestem cały. Oddycham i od razu pytam: dlaczego tak krótko? Chcę jeszcze!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s