Efekt uboczny – życie 

Zarób dużo kasy, kup dom, samochód, zajebisty telewizor. Wyjedź na odlotowe wakacje. Cena samochodu, ilość gwiazdek nad logo hotelu, rodzaj podłogi w salonie, ilość cali, zagęszczenie pikseli i herców będą jednostkami na skalówce, którą zostanie zmierzone twoje powodzenie. Jak to zrobić? No to już – Google.com, „jak odnieść sukces?”. Enter. Korpo-drabina albo własna firma , to drugie ponoć znacznie lepsze. Jesteś sam swoim szefem, pół życia wrzucasz w koszty i z założenia inni, ci niby mniej przedsiębiorczy, tyrają na ciebie  jakby dopiero co ich z Afryki przywieziono. Weź dotacje, „betę” w leasing, urządź sobie  biuro na miarę tego, w jakich fotografują ludzi na okładkę Forbesa. Kup ekspres do kawy i zatrudnij sekretarkę. I gdy ona już ci tej kawy zaparzy, usiądź wygodnie w fotelu i zastanów się czym ta twoja firma będzie się zajmować.

Zrób pieniądze.

Trochę groteski, ale ciekawe bywają losy młodych biznesmanów, którzy startowali na tak zwanym „swoim” głównie po to, aby mieć leasing, biuro, ekspres do kawy i dużo estymy oraz najważniejsze – teczkę szybko wystawionych faktur na pokaźne kwoty. Krótko później huczne na pół miasta rozstanie ze wspólnikiem i dekada spłacania długów. A wszystko w imię chwili splendoru i poczucia podążania śladem marzeń kreślonych przez fora internetowe i pisane post factum opowieści o sukcesach w coraz mniej poważnych tygodnikach ogólnopolskich. Na jedną Radwańską przypada 200 innych złamanych żyć i tragedii rodzinnych. Szczególnie tam, gdzie za cel postawiono zarobienie kasy przez pupila rodziny ponad zrobienie z niego po prostu dobrego tenisisty czy golfisty, zamiast traktować wynagrodzenie jako efekt uboczny całego procesu szkolenia i zdobywania doświadczenia. To samo w pracy, to samo w przypadku rozwijania firmy i tak naprawdę cokolwiek byśmy nie robili. Zawodowo zawsze imponowali mi ludzi, którzy po prostu robili swoje, zwracali uwagę na zdobywane doświadczenie i pozycje w CV, nawiązywane kontakty i zdobywane umiejętności. Jakby temat kasy dla nich nie istniał. A na koniec okazywało się, że finansowo wyszli mocno na plus. Na swoim albo w korpo.

Po prostu graj.

Kto oglądał ostatnie Euro i trochę ogarnia piłkę kopaną wie, że tylko w wyniku niedoskonałości systemu rozgrywek wygrali je Portugalczycy, a nie Polacy. Polacy? Nie, Włosi, mieli być Włosi. My za dwa lata gdy Błaszczykowski przefarbuje się na kruczo czarno i wystąpi jako polski Andrea Pirlo. A w tym roku największe wrażenie robili na mnie popularni Azzurri. Widać było, że nie do końca przyjechali grać w piłkę, a bardziej po to, by produkować futbol. Futbol na wysokim poziomie, którego efektem ubocznym miało być mistrzostwo europy. Nie wiem czy zauważyliście, że Antonio Conte prawie nie pozwalał im się cieszyć ze strzelonych bramek, szczególnie tych dających prowadzenie. Plan był taki a taki, strzeliliśmy, ok, ale głowy w kubeł, szybki icebucket challange i wracać do harowania na boisku, realizowania założonej taktyki. Jak gdyby nic się nie wydarzyło. Ubrane w słowa to by było mnie więcej tak „fajnie, że strzeliliście bramkę, ale długa droga przed Wami, cieszyć się będziemy po ostatnim gwizdku finału. Albo bezpieczniej – dopiero jak puchar dojedzie do Włoch, bo do tego czasu jeszcze tyle może się wydarzyć”.

Zdobądź papier.

Trudno zostawić suchą nitkę na krajowej edukacji, która za cel stawia nam nasze oceny zamiast zdobywania wiedzy i umiejętności, a dyplomy i licencje wysoko ponad doświadczenie. Nic dziwnego, że po świadectwach z paskiem i dyplomie politechniki koszalińskiej, koniecznie z wyróżnieniem, kolejną rzeczą jaka przychodzi do wzięcia na celownik są papiery z Władysławem Jagiełło i Zygmuntem Starym. Papier przyciąga papier, czy jakoś tak, podsłyszałem kiedyś przy stoliku obok, w pewnym nadmorskim kurorcie znanym z tego, że „niszczy każdego”.  Zdaniem dyskutujących zdobycie papieru najniższym kosztem miało zapewnić świetlaną przyszłość. Inflacja pojęcia magister nie była brana w tamtej rozmowie pod uwagę, bo też rozmawiający przyszli magistrowie zapewne nie byli specjalnie zaznajomieni z pojęciem inflacji. Akcja działa się ponad pół dekady. Tuż przed tym kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze zastępy magistrów pracujących za kasę mniejszą aniżeli szklarz, dekarz czy glazurnik, nawet ten kładący kafelki na klej do tapet. Dlaczego? Ponieważ rzemieślnicy w czasie zawodówki czy technikum zdobywali realne umiejętności podczas gdy na czarnkowskiej filii Uniwersytetu Przyrodniczego w Zamościu, przyszli magistrowie produkowali nic nie warte prace pisane metodą „kopiego-pejsta”, opierane o cokolwiek dało się w danej chwili znaleźć w Internecie. Prawdziwa edukacja to zbiór tego czego w życiu spróbowaliśmy, z czego nas przeszkolono i przeegzaminowano, co mieliśmy okazję praktykować i czego mieliśmy okazję uczyć innych. Efekt uboczny życia jakie prowadziliśmy i tego czy było ono nastawione na konsumpcję zasobów umysłowych czy na ich powiększanie. Dopiero teraz możemy dodać, że faktycznie, edukacja częściej niż rzadziej znajduje odzwierciedlenie w dyplomach i innych papierach ze zdjęciem.

Strzelaj gole.

Mój serdeczny przyjaciel ma to szczęście, że zdrowie pozwala mu jeszcze haratać w gałę. Wspominał ostatnio, że od kiedy wraca do domu, kompletnie nie ma pojęcia jaki był wynik, za to pamięta najfajniejsze zagrania dnia, piłka sprawia mu generalnie więcej radości i jakość chętniej raz w tygodniu naciąga getry. Bo nie o gole tu chodzi a o piękno gry. Jeszcze w czasach liceum, na kempingu na Costa Brawa zdarzyło się nam z kumplami zorganizować mecz w gałę Katalończykami. Takimi skrajnymi, którzy nie chcieli słyszeć, że są Hiszpanami. Zebraliśmy drużynę złożoną wyłącznie z „wuefowych” piątkowiczów i nie tracąc czasu zaczęliśmy obmyślać taktykę mającą zapewnić wygraną. Od początku meczu szło nam wyśmienicie, jedynym co odbierało nam frajdę był fakt, że nasi rywale niespecjalnie liczyli trafienia do siatki i w ogóle koncentrowali się na wszystkich elementach piłki kopanej oprócz strzelania goli. Interesowały ich ładne zagrania, kiwki, piętki i angielki, utrzymywanie się przy piłce, klepka i generalnie jedno wielkie joga bonito. Mimo korzystnego wyniku do przerwy, mecz ostatecznie nieznacznie wtopiliśmy. To co miało do naszej bramki wpaść  w końcu wpadło, technicznie ciężko było Katalonczykom dorównać. Ilością przyjemności z gry poniekąd też, bo nas prowadzenie do przerwy i nieznaczne przegranie meczu kosztowały masę stresu, kłótni i ostatecznie zawodu. Poza wspomnieniami, frajdy czy relaksu podczas gry nie uświadczyliśmy. Zmęczeni i wkurzeni w ciszy pomaszerowaliśmy orzeźwić się w morzu.

Zdobądź Kobietę.

Żelazny punkt na liście rzeczy do zrobienia przez każdego prawdziwego mężczyznę. Obok posadzenia drzewa, spłodzenia syna i coś tam z wiewiórkami. Kobieta ma być piękna, prestiżowa. Kleopatra to absolutnie minimum. Trophy-wife to jest to w co masz celować. Jest zadanie – jest akcja. Sympatia, Badoo, Tinder w ruch. Sobotnie zakupy, woda kolońska, butelka Jacka, dobry nastrój. Before, klub, bajera, taxi & dom lub po prostu numer telefonu i restauracja kilka dni później. A potem jak glazura kładziona na klej do tapet. Dobrze wyglądała gdy ją wybierałem, ale teraz odpada kawałek po kawałku i za cholerę nie chce się trzymać ściany. Trzeba ją zbierać z podłogi i ręką trzymać, a na koniec wywalić i zastąpić fototapetą. Zawód? zaskoczenie?  Dla mnie niekoniecznie, bo przyzwoicie ubrać się i zagadać każdy facet w okolicach trzydziestki potrafi lub przynajmniej potrafić powinien. Jak nie potrafi to coś jakby w polskiej szkole nie nauczył się wkuwania na pamięć. Odporny. Znam przynajmniej kilku, a widziałem wielu, którzy dobrze rwali, ale utrzymać kobiety przy sobie nie potrafili, ni w ząb. Dobrze zdefiniowany projekt ponoć realizuje się sam. A akurat ten projekt nazywa się fajne życie, a nie fajna kobieta.

harlem store

Point-by-point

A w moim ukochanym tenisie to niby inaczej? Możesz, możesz oczywiście skupić się na wykonywaniu akcji, podobnej do tej, za którą dzień wcześniej Djokovic lub Federer trafili do Whatts na Eurosporcie. Możesz. Efektem będzie z pewnością owacja na stojąco i burza braw w twojej głowie. Wcześniej i chwilę później natracisz jednak punktów na ze dwa gemy i z każdą chwilą będziesz bliżej gorącego prysznica niż wygranej. Jęk zawodu na trybunach. Kolejny. I spadek w rankingu. Jakże inaczej wygląda moja gra od kiedy do meczu zacząłem podchodzić skupiając się przede wszystkim na „wyprodukowaniu” tenisa na odpowiednio wysokim poziomie. Uznałem wynik jedynie za odzwierciedlenie różnicy poziomów miedzy moją grą, a grą przeciwnika.  W jedną lub w drugą stronę oczywiście. Z resztą śmiem twierdzić, że podobne podejście znajdzie zastosowanie w większości dyscyplin sportowych.

Wygraj życie.

Idąc tropem efektu obocznego, rezultatem godnie przepracowanego życia może być wystawny pogrzeb z tysiącami uczestników oraz czarnym kawiorem i nieograniczonym szampanem na stypie. Chociaż w sumie głupio by było siedzieć na głodniaka albo gdyby nikt nie przyszedł…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s