Ofiary bez dyskusji

Po tym jak chłopaki w remizie pomylili pola, przy których mieli w ostatnim październiku postawić krzyżyk, przez co świat cofnął się o 8 lat, dwie dekady i dwie transze funduszy unijnych, sądziłem, że „nowy ustrój” obali się sam, a ja nie będę musiał klepać na ten temat w klawiaturę. Ale w sumie na co liczyłem? Że przejdzie bokiem? Może, gdyby tylko długo zapowiadana marka wódki „Ustrój” ostatecznie weszła na rynek. Fajne były lata 2005-2007. Czasy Chomixa, Matki-kurki i świeżości Szkła Kontaktowego z Tomaszem Sianeckim w roli głównej. Nie jestem pewien czy to nie właśnie wtedy rozpoczęła się złota epoka internetowych memów.

Miałem wówczas studia do skończenia oraz świat cały serdecznie gdzieś i równie głęboko. Niewieloma rzeczami tak naprawdę się przejmowałem, bo też pewnie nie wiedziałbym, które z amatorskich działań władzy miałby na tamten moment mieć na mnie jakikolwiek wpływ. Nie sposób zapomnieć, jak tłuste były to lata dla sarkazmu, ciętego dowcipu o zróżnicowanym często smaku, wspomnianych memów, coraz to nowszych serii komiksów, a także początku najczystszej postaci internetowo-medialnego hejtu. A wszystko w imię odsunięcia od władzy, w opinii wielu, pomyłki jaką byli przedstawiciele narodu w okresie 2005-2007. Pamiętacie jak Michał L. załatwił nam wtedy organizację połowy Euro 2012? Ten wybuch radości i zaraz potem mrożące krew w żyłach pytanie: „jak my to zorganizujemy z taką władzą?”. Jakiś czas wcześniej, przy okazji premiery swojej książki „Polska! Głupcze”, w jednej z poznańskich księgarni, Tomasz Lis pocieszał ludzi, obiecując, że jak obejrzą się za kilka lat za siebie i pomyślą o tym trudnym i dziwnym okresie, to nie będzie on niczym więcej niż tylko przecinkiem w akapicie księgi dziejów.

No i w sumie jak tak się dobrze zastanowić to takim przecinkiem był, ale czy mamy do do tych czasów aż taki sentyment, żeby wracać w odwiedziny jak do ulubionej ciotki? Ale co tam podróż o 8 lat wstecz, zafundowana nam zwykłym lenistwem wyborców. Postanowiłem to pobić. Pojechałem do roku 1939, razem z Marcinem Ciszewskim i jego Pierwszym Niezależnym Batalionem Rozpoznawczym i przy okazji dowiedziałem się czegoś ciekawego o swojej strudzonej polskością głowie. Zajarany tą pozycją kumpel, po nieprzespanej z emocji nocy zagroził zerwaniem znajomości, jeśli odmówiłbym podjęcia lektury. Dla niewtajemniczonych – polski batalion wybierający się do Afganistanu, przenosi się w czasie, i z pełnym wyposażeniem i uzbrojeniem ląduje na tyłach Wermachtu, 2 września 1939.  Coś jak w tym starym filmie „Jeszcze raz Pearl Harbour”, w którym amerykański lotniskowiec USS „Nimitz” z roku 1980 trafia prosto do roku 1941 roku, w okolice Hawajów, na dzień przed japońskim atakiem na bazę amerykańskiej marynarki wojennej. Walka turbośmigłowych samolotów z okresu drugiej wojny z maszynami F-14 Tomcat potrafi naprawdę rozbawić, ale kończy się jak zwykle. Amerykanie dają wrogowi solidnego łupnia. Jak z resztą w każdym filmie. A z tym polskim batalionem jest trochę inaczej. To znaczy tak samo, bo tuzinami zamieniają niemieckie kolumny pancerne w obiekty pożądania zbieraczy złomu, sami ponosząc straty w stylu rozbitego reflektora od łazika. Ciężko jednak powiedzieć, że jak zwykle.

Dało mi to do myślenia, jak bardzo przyzwyczajeni jesteśmy do sromotnych porażek zarówno na srebrnym ekranie jak i w podręcznikach do historii. I do tego , że mamy kijową władzę. Może nie należy robić z nami  tego, co sugeruje w słynnym powyborczym filmiku Zbigniew Stonoga, ale mam wrażenie, że z uciskiem z różnych stron jako naród lekko ocieramy się o syndrom sztokholmski. Naszą tożsamość narodową w przeważającej części definiują porażki, a ostatnio nieudolna władza. W Powstaniu Warszawskim, w trzydziestym dziewiątym, że nas pomordowali, rozebrali, wywieźli albo zdradzili. Święta narodowe obchodzimy w odniesieniu do zdarzeń mających na naszą obecną rzeczywistość wpływ porównywalny z wpływem decyzji Zygmunta Augusta na obecną urbanistykę Warszawy. Jeśli dobrze policzyć to od czterech wieków, co bitwa zbieramy baty, czasem w dogrywce, czasem w karnych, ale jednak. No może poza tym, że Powstanie Wielkopolskie i Cud nad Wisłą jakoś się udały, chociaż umówmy się – San Marino też czasem gola strzeli w meczu międzypaństwowym i za każdym razem jest to drugą, jeśli nie pierwszą informacją w wiadomościach sportowych.  I powiem Wam, że czytając Ciszewskiego  nie mogłem się nadziwić tym, jak mało radości sprawiało mi początkowo czytanie o pogromach dokonywanych przez naszą armię na Wermachcie i jak bardzo mój umysł siłował się z tą fantastyką, zamiast po prostu cieszyć się, że w końcu lejemy najeźdźców z kretesem.

Dlaczego? Bo łatwiej jest być ofiarą. W sumie najłatwiej i do tego cholernie wygodnie. Na ofierze nie ciąży żadna odpowiedzialność, a do tego ma się nieograniczone możliwości do prezentowania postaw roszczeniowych. Mamy momenty, w których dumą narodową potrafimy dorównywać samym amerykanom, absolutnym mistrzom świata w tej dziedzinie, a jednocześnie tak chętnie budujemy własny obraz jako ofiar germańskich oprawców, PRL-u, szeroko rozumianego systemu, bankierów, nadmiernych opadów deszczu, zbyt szybko upływającego czasu i rakotwórczej gumy Turbo. Ja wiem, że poniekąd na lata pozbawiono nas możliwości ciężkiej pracy na rzecz naszej ojczyzny, ale nie zmienia to faktu, że póki jej nie wykonamy, należy nam się guzik i może czapka gruszek.

Problem polega również na tym, że zbyt często zajmujemy się tą stroną mocy, która jest poza naszym zasięgiem naszej kontroli, jednocześnie podkreślając brak możliwości jakiegokolwiek ruchu lub zmiany w obszarach, na jakie jak najbardziej mamy wpływ. Z przyzwyczajenia chyba, na własnym podwórku lubimy roztaczać aurę niewinności małego dziecka i bezradności spowodowanej rzekomym uciskiem zewsząd. Tyle, że cena niewinności, nie chwytania steru, przejmowania kontroli tam gdzie tylko się da, może być jak w choćby tym biznesowym przykładzie:

Ci w tej Warszawie to nic nie robią, tylko zgarniają kasę i dymają się po kątach. No i oczywiście jeśli golonka to wyłącznie drobiowa i sushi w dzień powszedni popijane minimum Moetem. A o tych w małych miasteczkach i na wsi to już nie wspomnę. Tylko ręce po dotacje i inne Krusy wyciągają, żyją sobie z nóżki na nóżkę wymieniając w barterze miód za drewno na opał i uprawiając procesje całymi dniami. Brzmi znajomo? Jakieś inne przykłady przychodzą Ci do głowy? W podziale na my – oni, zdecydowanie zbyt dużo czasu poświęcamy stronie zwanej „oni” i niestety nie po to, aby lepiej ją zrozumieć, ale by ją moralizować. Czasem się zastanawiam jaki sens ma pisanie na łamach „swojego” dziennika, tygodnika artykułów wychwalających swoją stronę bądź krytykujących drugą. Wszak co chwalebne zostało już wychwalone, a potępione, co potępienia godne. Mało kto zagląda na na drugą stronę, bo to po pierwsze wysiłek, po drugie zagrożenie dla własnego paradygmatu. A po trzecie możliwe, że i wstyd we własnych szeregach. Wyborcza? Nie czytaj tego ścierwa. Gazeta Polska – stary pogięło Cię? Jeszcze nie mów, że za to zapłaciłeś. Nie wstyd Ci chodzić z tym po pachą!? Newsweek, Wprost, Polityka? Nie trzeba czytać, aby potrafić wypowiedzieć się na temat pochodzenia przodków wydawców i głównych akcjonariuszy. W czasach polaryzacji totalnej, po prostu nie słuchamy się wzajemnie. Mogłoby to łatwo zaburzyć nasze myślenie o samych sobie albo nasze starannie pielęgnowane przekonania. Nie znamy natury, drugiej a jak mamy szczęście to trzeciej strony. Ale to właśnie na nie wskazujemy najchętniej jako na przyczyny niepowodzeń.

92H

Czym to grozi – odsyłam do socjologów, ale fakt że praktycznie nie podejmuje się już dyskusji, takich wiecie, face-2-face lekko, przeraża. Gdybyśmy poświęcali sobie nawzajem więcej czasu i ucha, zobaczylibyśmy, że w gruncie rzeczy wszystkim chodzi o to samo. A tak, stepy akermańskie wymiany poglądów w wersji live. Strach przed kwasem, szkoda psuć atmosferę. Jeszcze emocje wezmą górę, a następny weekend przecież dopiero za tydzień. Jak się okaże, że fakty nam się nie zgadzają to dokąd pójdziemy po rozstrzygnięcie? Wiadomo, że do Internetu – tylko do którego medium? A bez oparcia w faktach, gdy zawsze jesteśmy w stanie znaleźć pasującą nam definicję lub interpretację faktów, trudno o sensowną, merytoryczną dyskusję prowadzącą do zrozumienia rozmówcy i jego pobudek w poruszanych kwestiach. Dużo wygodniej obcować osobami o podobnych poglądach i przy stole gęsto zastawionym gorzałą. Pomyje i złość na to, że ktoś może myśleć inaczej zawsze można wylać w zaciszu domowego, szerokopasmowego Internetu. Z obowiązkową kropką nienawiści. Jedźmy, nikt nie słucha.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s