A Ty jak traktujesz swój telefon?

Czy wiecie, że gdy pojawiły się w Polsce telefony komórkowe, stały się one źródłem całkiem niezłego dochodu dla „łebków” na niejednym betonowym osiedlu? Wraz z pierwszymi „cegłami” pojawili się bowiem pierwsi biznesmeni w białych skarpetach. Szło trzech takich krezusów na basen w szczecińskim Radissonie (któremu do dziś brakuje jednego ze środkowych pięter, gimbaza sobie doczyta w Internetach dlaczego), rozbierali się do śnieżnobiałego szlafroka, kładli komórki na stoliku obok leżaków i wstyd, jeśli któremuś chociaż raz nie zadzwoniło w trakcie takiego relaksu. Łebki dostawały wcześniej sakwę żetonów, trochę drobnych gratyfikacji oraz dokładne  instrukcje, o której godzinie dzwonić i do ilu liczyć. Jak ktokolwiek miałby dzwonić jak nie z budki za ich własne pieniądze? Połączenia na komórki kosztowały fortunę, lepiej było poczekać, aż taki delikwent będzie dostępny pod stacjonarnym. W końcu z prawdziwych spraw w świecie wczesnego GSM-u, praktycznie każda mogła zaczekać.

Gegła z antenką.

Startowałem w liceum, gdy ta technologia zaczęła trafiać u nas pod strzechy i dachówki. Zasady były proste. Posiadam telefon – srebrny poziom prestiżu. Mam telefon i dzwonię z niego, bo mnie stać – poziom złoty. Platynowo robiło się, gdy ktoś na taki telefon dzwonił. Sprawa zwłoki nie cierpiała, odebrać było trzeba, wszystko dookoła zastygało w bezruchu, otoczenie czuło się jak w filmie z Bondem, ewentualnie z inspektorem Gadżetem, który jakimś cudem zmieścił budkę telefoniczną pod swój popielaty płaszcz. Jegomość naciskał zielony, rósł o 10 cali ponad otoczenie i donośnym głosem prowadził rozmowę. Pal licho, o czym, ważne, że słyszano go trzy przecznice dalej. Niech plebs wie, jak szlachta komunikuje się ze światem zewnętrznym.

W epoce raczkującego GSM-u biznesmeni zdarzali się również wśród młodych. To było mniej więcej wtedy, gdy telefon przestał wymagać tragarza i zaczął mieścić się do kieszeni średnio-luźnych, skejtowych portek. Czy konsekwencją dalszej miniaturyzacji był powrót do męskich rurek – tego nie jestem pewien. Wiem za to, że do dziś wzorem oddziaływania podprogowego jest dla mnie podsłyszany w tamtych czasach tekst pewnego drugoklasisty, oczekującego przesyłki z „półświatka”: „Stary, nie mogę czekać do czwartku. Na jutro potrzebuję telefon”. Chyba tylko zdrabnianie nazw zagranicznych miast celem podkreślenia bywania „to tu to tam” rozkłada mnie mocniej na łopatki.

Obyczaje.

Jeśli ktoś oblizuje nóż, wyciera twarz rękawem lub trzyma łokcie na stole, to robi się jakoś tak ogólnie niemiło i nawet kawior traci smak. Jedyny moment, kiedy prawo ulicy znajdzie poparcie stu procent elektoratu wydarzy się, gdy będzie chodziło o przeciwstawienie się przemocy wobec kobiety (co innego gdy nikt nie patrzy, ale ja tam nikomu do chaty nie zaglądam). Z kolei gdy ktoś używa w wypowiedzi więcej przekleństw niż treści, to jakoś przestajemy go słuchać, bo nie zwykliśmy szukać rodzynek w szambie. Ot kilka przykładów społecznego „common sense” na pierwotnych poletkach żarcia, godności i mowy.

No właśnie, poletkach, na których krwią i siniakami przez pokolenia wydreptano pewne normy i chyba dobrze. Telefony są z nami stosunkowo niedługo. Od czasów świetności Radissona rozmowy potaniały, sms-y przestały kosztować, ale zwyczaje chyba coś nie nadążyły. Każdy narzeka, jaki to jest zalatany i jak to mu ciągle, nawet w weekendy dupę zawracają. Z przekąsem nazywa telefon smyczą, jednocześnie skutecznie wypierając ze świadomości istnienie przycisku z czerwoną słuchawką. Taka nasza natura, że nawet z najgorszym bólem potrafimy się zaprzyjaźnić i tęsknimy gdy życie go nam odejmie. A gdybyś był pracoholikiem, który potrzebował czegoś na gwałt w niepracującą sobotę i udałoby ci się dodzwonić do Staszka Skowrońskiego, to kogo zadzwoniłbyś następnym razem? Wiecznie zapracowany-niezastąpiony to pierwszy z klasyków.

Rób tak dalej, a zgnijesz.

Pyk, zielony i bez żadnego „cześć” mówienie „jestem na spotkaniu, zadzwoń później” – to jedna z praktyk, która doprowadza mnie do krawieckiej pasji. Fuck me, stary, oprócz zielonego przycisku, jest jeszcze czerwony, do tego masz takie funkcje jak „wycisz”, a dla zaawansowanych „odrzuć & odpisz”. Dla hackerów z kolei przygotowano opcję „odrzuć & odpisz & przypomnij, mi gdy będę wychodził”. Mi osobiście brakuje czasem przycisku „gub się leszczu” i paru opcji na „s” – działałyby tak samo jak czerwony, tylko ja bym je inaczej widział. Jak nie możesz gadać – nie odbieraj. No, ale takie szeptem „nie mogę teraz rozmawiać” ma swój podprogowy przekaz. „Chodzę na spotkania, zebrania i narady. Ta firma pewnie nie istniałaby bez mojej nieskromnej osoby. I do tego mam służbowy telefon, który dzwoni”. Czysty prestiż, wersja brąz.

„Muszę od razu odpisywać na sms-y, bo zapomnę jeśli nie zrobię tego od razu”. Ten tekst powinien stać na półce DVD obok „Czasu Apokalipsy” i „Chłopaków z Ferajny”. Siedzi taki z tobą na kawie, kładzie sobie przed nosem komórkę, dźwięku nie wyciszy i powołując się na podzielność uwagi i własny geniusz chyba, odpisuje na bieżąco. Kolejne wow – masz znajomych, którzy piszą do ciebie sms-y. Albo znasz zajebiście wpływowych i zamożnych ludzi, albo nowoczesnych, trendsetterów wręcz. Kiedyś się tak głębiej zastanowiłem i nie jestem pewien czy nie wolałbym dzielić stolika z kimś, kto soczyście beka po każdym łyku coca-coli, ale przynajmniej telefon ma ściszony i odłożony ekranem do dołu.

Z innych hitów uwielbiam jeszcze „to może być coś pilnego” – ten nadaje się już chyba tylko do postawienia w gablocie obok pucharu Henri Delaunay. Jeśli nie oczekujesz akurat ważnego telefonu albo dziecka, o czym tak na marginesie mówiąc powinieneś poinformować osobę, która zdecydowała się poświecić ci czas, to przepraszam, co pilnego, na co masz wpływ może się wydarzyć? Gdyby niczym w filmie Dzień Zagłady przez atmosferę naszej planety przebił się właśnie meteoryt, raczej zorientujesz się po tym, że z okien wylecą szyby. Dopiero potem, BYĆ MOŻE zadzwoni twój telefon. Z całym szacunkiem dla rajdowych umiejętności moich najbliższych, odważnie stwierdzę, że w razie zawału, sąsiad lub karetka z sanitariuszami dotrą do mnie najszybciej, więc to do nich dzwoniłbym najpierw. Tym bardziej, że ci drudzy mają na wyposażeniu defibrylator.

The Code.

Jedno nieodebrane – chciał tylko pogadać, oddzwonię jak będę mógł. Kto z nas lubi zostać „odebranym” przez kogoś, kto tak naprawdę nie może rozmawiać? Nie możesz gadać – nie odbieraj, ostatni blamaż Legii czy postępy w rehabilitacji Lewandowskiego możemy omówić nawet za dwa dni. Kości tak szybko się nie zrastają, a nawet jeśli – trudno, najwyżej ponarzekamy na pogodę. Dwa nieodebrane – stary, znalazłem tanie bilety na Alaskę ze zniżką za samodzielne odśnieżanie pasa startowego przed lotem powrotnym, zadzwoń jak tylko zobaczysz tę dwójkę nawiasie przy nieodebranych pod moim nazwiskiem. Inaczej znowu czeka nas all-inclusive w Tunezji albo Białka Tatrzańska. Trzy i więcej nieodebranych – no dobra, kurwa, pali się, płonie i nie chce przestać. Poświęciłem ci dziesięć lat życia i pół wątroby ty sukinsynu, więc nawet, jeśli właśnie jesteś na spotkaniu z papieżem albo w ustach laski z plakatu Guessa, to grzecznie przeproś, zgarnij autograf i dzwoń do mnie, bo trzymam w właśnie w rękach przekładnię do zwrotnicy na torach mojego życia.

8369054658_ebacaca1de_o

Polecam taki system. Stosuję i działa całkiem dobrze. Dzięki temu, gdy spędzam z kimś czas, szczególnie jeden na jeden, mogę ograniczyć spoglądanie w telefon.  Jason Hunt zdaje się nie widzieć nic złego w ekscesywnym zaglądaniu w telefon, choć nie mam pewności czy nie lekko na siłę. Osobiście popieram świadome i rozsądne traktowanie pewnych współczesnych narzędzi i zjawisk. Na rzecz  szeroko rozumianego człowieczeństwa. Bo za kilka lat może się okazać, że nawet burdele upadną na rzecz pornhuba.

Mamy wolność, każdy może robić, co mu się żywnie podoba, przynajmniej tak jest zapisane w konstytucji i kilku innych dokumentach dostępnych w domenie gov.pl. Choć tak naprawdę to czy wszystko? Bezkarne wysranie się na środku Nowego Świata wymagało by dużo szczęścia i sporej sprawności. Jakich pięknych piersi byś nie miała w kombinacji ze startymi do gołych szczęk hamulcami, publicznie chwalić się nimi nie możesz – jedną taką już w tym kraju skazano. Piwa w piaskownicy też nie wypijesz, a nawet paradowanie po ulicy z butelką czystej, napoczętą na poprzedniej imprezie zakrawa na konflikt z prawem. Więc chyba nie ograniczy specjalnie naszej wolności, jeśli raz na czas jakiś „uceglimy” telefon i wrzucimy go do tej głębszej kieszeni. Na moje oko niebawem stanie się to podstawowym sposobem leczenia depresji, a czas off-line (pisałem kilka miesiecy temu tutaj) będziemy kupować na gruponie, jak dzisiaj choćby wyjazdy do SPA.

Z telefonem jak z dzieckiem.

Z telefonem jest jak z dzieckiem. I to z jedynakiem, bo dwa noszą już chyba tylko tacy, co nie potrafią przekopiować kontaktów z jednego do drugiego. A jedyne dziecko, oczko w głowie łatwo zepsuć nadmiarem atencji. Co więcej, łatwo zbudować w sobie przekonanie, że na pewno będzie mu źle, jeśli raz na kilka minut do niego nie zajrzymy. Szanujmy czas spędzany wspólnie, bo na moje skromne inżynierskie oko i tak ciut za dużo spędzamy go z dala od siebie. Nie ma się zatem co martwić, że zabraknie go dla naszych współczesnych tamagotchi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s