Czy wszystko musi być „na zachę”?

Przyjaciele na całe życie, małżeństwa, czyli tacy przyjaciele na życie odmiennych płci, z życiem seksualnym i potomstwem. Rodzina, sąsiedzi, koledzy z drużyny i kibice za bramką. Życie, otoczenie, teściowa, społeczeństwo, podejście z lat siedemdziesiątych i wcześniejsze, za wszelką cenę chcą nam wcisnąć coś na całe życie, „na zachę”. Zdobądź raz, zapisz się, przyklep, zaobrączkuj, wpisz się do księgi wieczystej, a potem zasiądź na kanapie z tym samym, co zwykle browarem i zaczerpnij kolejną porcję odpowiedzi na pytanie „jak żyć” z topowej telenoweli.

Nic dziwnego, że ludzie dostają rozdwojenia jaźni. Albo dosłowniej rzecz ujmując – na łeb. Poprawna odpowiedź – trzeba być mobilnym, mobilność jest dziś w cenie. Mobilność równa się nowoczesność, walizki kupuj wyłącznie marki Komandor. Powie ci tak kolorowy magazyn, popularny blog, sponsorowany podkreśli komandora, a niedzielna audycja radiowa wbije gwoździa w słuszność tej tezy. Jednak to nie jedyna poprawna odpowiedź – w końcu zagrody Polaków tradycja kwintesencją kwitnącego narodu. Polak bez kawałka ziemi lub choćby własnego metra kwadratowego jest jak Japończyk bez konsoli albo Francuz bez białej flagi. Wstawić dowolny stereotyp. Konkubinaty, związki partnerskie, nowocześnie, pragmatycznie, bez kajdan? Chyba też tylko w kolorowych czasopismach i w TVN Fryzjerstwo. Bo biznes ślubny to prawdopodobnie po górnictwie najlepiej dotowany sektor gospodarki. Dotowany przez pokolenie, które te śluby wyprawia. Hajtając własne dzieci. Skocz ze spadochronem, porozmawiaj z sąsiadem, zaparkuj dla odmieny na wstecznym. Codziennie spróbuj czegoś nowego. Brzmi dobrze. Szkoda, że chwilę później na tym samym ekranie jakaś parka z Otwocka opowiada o swoim ulubionych hotelu w Hurghadzie, do którego jadą już po raz jedenasty. Oczywiście z tym samym biurem podróży co zawsze.

Całe życie, Piast Gliwice.

Laurka z grawerem i uścisk dłoni prezesa oczywiście należy się pracownikowi związanemu z zakładem przez 45 lat. Ale jeszcze nie widziałem, żeby kibice bili brawo piłkarzowi, który z rozsądku zmieniał klub albo z niemocy czy braku talentu na miarę ambicji, kończył karierę. Za to półbogami zostają tacy goście jak John Terry, Steven Gerard, Frank Lampard czy Paolo Maldini. Nie licząc emerytury poza starym kontynentem, cała kariera w jednym klubie dla jednych kibiców. Całe życie oklaskiwani z trybuny za tą samą bramką, wygwizdywani zza każdej innej. Jednak to piłka, znając genezę opisanego zjawiska jestem w stanie to zrozumieć. Kibice się przyzwyczajają, zakochują w swoich idolach, wspólnie z dziennikarzami zaczynają liczyć lata, sytuacja wymyka się spod kontroli i zanim ktokolwiek zdąży się zreflektować, nazywają imieniem takiego grajka którąś z ulic w okolicy stadionu.

Wierność i konsekwencja to piękne cnoty, ale uznawanie ich za jedyne godne podziwu wydaje się cholernie jednostronne. Nagradzamy wyłącznie przywiązanie, stałość w uczuciach, wygrzewanie stołków czy ławek trenerskich. Fergusonowi się opłaciło, ale taki Guy Roux? Czy Auxerre przez te 40 lat coś wielkiego wygrało? Za 50 lat toksycznego małżeństwa tort się chyba nie należy, co? Ewentualnie anyżowy.

No właśnie. Czy słyszeliście, żeby ktokolwiek dostał brawa od szerszej publiczności za ucieczkę z psującego się związku w roku piątym zamiast w dwudziestym piątym lub w jeszcze dalej nieokreślonej przyszłości? Gwarantuję w takim wypadku ocenę z gatunku niestałości, ucieczki, tchórzostwa, zdrady. Tak jakby jedyną mądrą rzeczą było trzymanie kursu albo stołka oburącz – w zależności, o tego czym mówimy. Dlaczego dostrzegamy pierwiastek odchylenia od normy w ludziach, którzy łatwiej pozwalają sobie na zmiany i eksperymentując poszukują własnej ścieżki, a w konsekwencji pewnie szczęścia?

A znajomości, przyjaźń?

Odnowiliście kiedyś jakiś kontakt sprzed lat, z tym, że tak trochę na siłę? Czując, że to, co najlepsze dla odświeżanej relacji już minęło, a czas stanął w miejscu zaraz po projekcji ostatniego ze wspólnych wspomnień. Osobiście kilka razy po czasie żałowałem. Niby jedna kawa, ale dużo potrafiła zmienić. Czułem, że uległem pokusie próby powrotu do magicznego miejsca z przeszłości, licząc na emocje sprzed lat. Fajnie było się zobaczyć, ale jak to zrobić, aby nie sprowadzić do poziomu szarej rzeczywistości wspomnień o kimś, kto do momentu spotkania po latach zajmował czołowe miejsce pod hasłem „zajebiści, niedoścignieni”. Dlaczego tak trudno pogodzić się z tym, że niektórzy ludzie są w naszym życiu tylko przez jakiś czas, a jeszcze inni wyłącznie na chwilę?

Znam trochę takich wieloletnich przyjaźni, które w okolicach trzydziestki zaczynają się sypać. Nie, nie chodzi o dzieci, brak czasu, tempo życia i wszystkie te bzdurne wymówki przykrywające fakt, że niektórzy po prostu wolą siedzieć przed ciężko utyranym płaskim ekranem albo bawić się w Jamie Oliviera we własnej kuchni (prawdopodobnie by ostatecznie przekonać się jak bezsensownym przedmiotem jest łyżeczka do wyciągania oliwek ze słoika). Sprawa zdaje się rozbijać o coś znacznie prostszego. Po latach spędzonych w pozycji BFF, ktoś zdaje sobie sprawę, że przez dekadę albo lepiej był regularnie okradany przez wampira energetycznego. Albo, że zwyczajnie komuś ta znajomość była nie do końca po drodze, tylko jakoś funkcjonował bez pomysłu na lepszą.

W wieku, kiedy mężczyźni mają najlepsze przed sobą, a kobiety ponoć już finiszują, brak czasu, w kombinacji z Facebookiem i płytką dumą są jak dobry, trójskładnikowy, czechosłowacki sentex. Po wspólnie przeżytej dekadzie, wkurwiasz się o przysłowiowe skarpetki. Okienko na wyjaśnienia otwiera się nieprędko, no bo czasu brak, a codzienność przypomina Wielką Pardubicką. Do tego nie jest przecież rolą poszkodowanego wyciągniecie ręki na zgodę. Urażone ego i 10 lat rozczarowań to żyzna gleba dla toksycznych myśli i palenia czarownic. I jakby tego było mało, chwilę później dostajesz przed nos (tak działa facebook, sorry) zdjęcia swojego niedawnego BFF, który nie dość, ze zmarnował ci pół młodości to jeszcze śmiał te przysłowiowe skarpetki zostawić. Kurtyna w dół.

Kotlet po warszawsku.

Warszawski korpo styl, rat-fuckin’-race, w którym na koniec przegrywają wszyscy, znajomości tylko dla korzyści, wyrachowanie tysiąc, bez miejsca na wartości ludzkie. Kraina, w której wady ustępują miejsca udawanej doskonałości, a wygoda stałości uczuć. Słyszałem to już gdzieś. Głownie we własnej głowie. Kiedyś miałem pełne gacie na samą myśl, że miałbym w czymś takim uczestniczyć. Nie bez powodu, gdyby tylko moje projekcje miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Tyle samo ciepłych i serdecznych ludzi spotkałem w małej, średniej i w dużej firmie. Dokładnie to samo mogę powiedzieć o „ludziach spotkanych na mieście”, bez względu na miejsce, w którym przebywałem, wliczając Amerykę. Większość barier jest w głowie.

2

Agresywne budowanie networku zawiera w sobie całe płaty patologii, ale aktywne i dynamiczne w zależności poznawanie ludzi już nie koniecznie. Jak mocno? Kwestia pewnie indywidualna, jak zwykle – trzeba grzebać w odcieniach szarości Ani czarne, ani białe nie wydaje się tutaj rozwiazaniem. Osobiście współczuję ludziom, którzy skaczą z kwiatka na kwiatek i co rusz zaliczają równie burzliwe, co krótkotrwałe znajomości. Ale już z podziwem patrzę na tych, którzy mają swojego buddy zarówno od dyskusji przy winie jak i od szlajania się po pijalniach, innego od brydża, a innego od pokera. Ziomków od piłki zupełnie innych niż tych od ustawek. Takich, dla których towarzystwo z zaocznych studiów to zupełnie inna ekipa niż ta z kółka filatelistycznego. Ile możesz robić rzeczy z jedną osobą?

Nikogo, absolutnie nikogo nie zwalniam z odpowiedzialności za drugiego człowieka, z obowiązku wsparcia czy pomocy w potrzebie. Rzucanie wszystkiego gdy się pali, lub gdy radary choćby wykryły startujące bombowce. Ale co masz zrobić gdy ziomeczki z piaskownicy, którzy w wieku 30 lat „jebią za dwa koła w logistyce” (taaak, te zajebiste miejsca pracy, na które wystarczy umieć pisać i nie bać się myszki komputerowej) mówią ci, że nie jest w ich towarzystwie mile widziane opowiadanie o swoich służbowych podróżach po Europie, o odniesionym sukcesie? Albo, gdy naprawdę gaśnie ci nadzieja, że po dekadzie znajomości ktoś w końcu posłucha cię, aby zrozumieć, a nie po to by w najlepszym wypadku skomentować i dorwać się do głosu. Trzymać się niczym koala pnia? W imię czego?

Nawyk świeżości relacji.

Tak nazwałbym wyważoną szarość, która pozwoli łączyć tradycję z nowoczesnością. Czy budowanie nowych kręgów znajomych musi oznaczać palenie mostów? Co najwyżej tony szlugów na imprezowym balkonie. Imponuje mi jeden z moich dobrych kolegów. Bardzo. Potrafi zawsze znaleźć miejsce na nowe znajomości, podtrzymać je, nie zaniedbując jednocześnie dotychczasowych. I nie spędza przy tym więcej czasu na telefonie niż statystyczny Bazylak. Skoro nawet w kościele powtarzają, że każdy z nas ma w sobie nieograniczone pokłady miłości, to dlaczego miałoby zabraknąć w nas przestrzeni na kolejne wartościowe znajomości, przyjaźnie. Jeśli masz wrażenie, że twoja pojemność pod tym względem jest w jakikolwiek sposób ograniczona,  to warto zadać sobie pytanie o jego słuszność. Bo czy chcesz się obudzić pewnego dnia z armią znajomych na facebooku i nikim do pogadania?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s