Co ja widzę w mieście stołecznym. Mity #2.

Skąd, między innymi biorą się mity o Warszawie pisałem już tutaj. Kiedy przenosiłem się ponad dwa lata temu, otrzymałem okazję do weryfikacji tego i owego. Z resztą, okazało się szybko, że wiele przekonań, które nosiłem wcześniej w swojej głowie, wymagało natychmiastowej rewizji. A dodajmy, że o słuszności niektórych z nich byłbym skłonny prowadzić całkiem długie dyskusje. Touch before you judge.

Korki. Warszawa korkiem stoi. Nie chcę życia spędzić w korku. Powierzchnia stolicy, a nawet samego centrum jest znacznie większa niż pozostałych dużych polskich miast, więc czasem faktycznie przemierza się spore odległości. Szczególnie, jeśli chce się odwiedzać swoich szalonych znajomych, którzy zdecydowali się na Ząbki, Łomianki, Targówek czy dom przy planowanej trasie na Wrocław, oddalony jedyne 30 minut jazdy autem. Korki są problemem tyle, że dużo bardziej, Gdańska, z którego często nie da się wyjechać i który powoli wyczerpuje moce przerobowe nierozbudowywalnej obwodnicy, Poznania, który jest po prostu niedokończony komunikacyjnie czy w Wrocławia, który mimo genialnego ¾ ringu przejezdny jest tylko wieczorami. Warszawę trafniej opiszemy mówiąc, że jest metropolią o dużym natężeniu ruchu i kilku wąskich gardłach. Tracę tu znacznie mniej nerwów za kółkiem niż w innych miastach. Wykluczając sytuacje anormalne w stylu płonących mostów, albo wycieczek do Wołomina, wszędzie da się dojechać płynnie oraz, co chyba najważniejsze, w przewidywalnym czasie. Styl jazdy kierowców też ma duże znaczenie. Nie, nie chamscy, tylko aktywni. Bo w tygodniu śmigają do chaty na Złotopolskich, a nie kulają się jakby jechali na niedzielną mszę świętą w intencji średnio lubianego sąsiada.

Chamstwo, słoiki i kibice Legii. Białe skarpety z Nowego Dworu Mazowieckiego. Nabywcy najdroższych biletów na koncert Madonny. Wszędzie. Uporządkujmy. Pokażcie mi jedno miasto w tym fantastycznym kraju, gdzie nie zaznasz chamstwa, które za szczyt prestiżu uważa wejście bez kolejki, brawurową jazdę bez tłumika czy bezwzględność w sytuacji, gdy w grę wchodzą nawet najmniejsze pieniądze? Może coś pominąłem na lekcji „gegry” i o istnieniu jakiegoś ważnego i hiper kulturalnego miasta po prostu nie wiem, ale dajcie znać. Przeprowadzę się jeszcze w tym tygodniu. Słoiki? A co to za różnica, co masz w dowodzie osobistym w rubryce miejsce urodzenia? Czy w Krakowie nie mieszkają ludzie z Tarnowa czy Nowego Targu, w Poznaniu z Gniezna czy Kościana, a w Trójmieście ze Słupska? Jeśli masz ogarniętych Starych to jeszcze do liceum wykopią Cię do metropolii i tam się otrzaskasz z wielkomiejskim stylem. I twierdzę, że przyjezdni miewają znaczenie lepsze charaktery od lokalesów, ponieważ perspektywa powrotu na prowincję na tarczy sprawia, że sukces jest jedyną opcją.

W Warszawie trudniej poznać nowych ludzi. Chyba w tej Warszawie koło Chicago. Jeśli nie potrafisz poznawać ludzi i od lat tkwisz w kilkuosobowej, toksycznej klice, a nowe cząstki traktujesz jak zagrożenie to może faktycznie trudniej… ludziom poznać Ciebie. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, co napisałem powyżej, że faktycznie większość mieszkańców stolicy to przyjezdni, oczywistym staje się, że nie znając nikogo w nowym dużym mieście, poznajesz, poznajesz, poznajesz, bo nie masz innego wyjścia. W rezultacie ciągłe poszerzanie kręgów znajomych i dzielenie z nimi życia staje się częścią warszawskiego DNA. Daje to niepowtarzalną szansę, by zawsze bujać się ludźmi, z którymi jest ci po drodze, a nie wyłącznie z tymi, z którymi akurat usiadłeś na pierwszym wykładzie, na pierwszym roku studiów, albo z którymi przydzielono Ci pokój w akademiku.

Stolica jest wszechogarnięta wyścigiem dobrze zarabiających szczurów. Trochę ludzi zdążyłem już tutaj poznać i nikt jakoś nie narzeka na nieczyste praktyki, wygryzanie się czy podkładanie świń. Czasy wczesnych, szybkich karier w dopiero, co osiedlających się u nas korporacjach minęły chyba bezpowrotnie. Coraz rzadziej widuje się otyłych, ohydnie bogatych panów po trzydziestce, z nadciśnieniem widocznym gołym okiem dla absolwenta historii sztuki. Nadgodziny przy naszym sposobie pracy będziemy zmuszeni trzepać jeszcze przez około dekadę (o tym napiszę soon oddzielny tekst). A nie jest przecież tak, że tylko w Wawie nie wychodzą punkt siedemnasta. Za te nadgodziny kiedyś płacono dużo bardziej słono, żywym „pesos” albo szybkimi awansami. Dziś faktycznie pięciocyfrówa przestała być sensacją na plebanii, ale i w stolicy zarobki nie dogoniły jeszcze chorych cen nieruchomości, więc z mitem świetnych zarobków w stolicy proponuję jednak poluzować.

Miasto, które nigdy nie śpi. To chyba najbardziej wyświechtane hasło ever, chyba się ktoś za dużo naoglądał Sex and The City. To pasuje do NYC na pewno, ale Wawa sypia i to całkiem głęboko. Między bajki włożyłbym Legendy o tym, że ze względu na centrale polokowane za oceanem ilość ludzi pracujących w strefie czasowej Wall Street jest na tyle spora, że w stolicy można dostać wszystko o każdej godzinie. Seks, kebaba, zimną wódkę i oklep na Pradze na pewno tak. Natomiast o fitness klubach 24/7 (poza wyjątkami oczywiście), godnej strawie w restauracji lub dobrym sushi na telefon, zakupach w butiku i jeszcze kilku innych normalnych rzeczach, trzeba raczej zapomnieć. Nawet lotnisko Chopina ogranicza niemal do zera swoją aktywność, bo tak zażyczyli sobie okoliczni mieszkańcy. Aczkolwiek faktycznie charakterystyczne i zarazem fajne wydaje mi się to, że jeśli w środku tygodnia masz fanaberię albo, o zgrozo, konieczność pójścia na wódkę doprawioną baletem to i w listopadowy poniedziałek znajdziesz jakąś rozhulaną tancbudę.

Brzydka, brudna i zniszczona. To miasto moim zdaniem ma cholernego pecha. Lądując na Chopinie masz okazję poznać wątpliwej jakości uroki ulicy Żwirki i Wigury. Z Modlina z kolei do stolicy wwożą przez Łomianki i zabetonowane po zęby rejony mostu północnego. Gdy dotrzesz, z kolei bardziej klasycznie, bo koleją – wychodzisz prosto na Mariotta, który nowocześnie wyglądał 15 lat temu, oraz absolutnie mistrzowsko sam sobie pozostawiony burdel wokół PeKiNu i patelni. Pierwsze wrażenie ciężko zamazać, więc metka brudnej śmierdzącej metropolii, z czerwonym, skrzywionym na przegubie, dymiącym na czarno Ikarusem w tle wydaje się nie słabnąć. Warszawa, jak każde duże polskie miasto z ambicjami ma architektonicznie do zaoferowania piękne fragmenty, które kompletnie nie łączą się w całość. Osobiście uważam, że jest naprawdę ładnym, co ważne, doinwestowanym miastem. Co jeszcze ważniejsze, widać już pierwsze próby patrzenia na miasto, jako całość, zamiast zamykania widnokręgu na granicy sąsiedniej działki.

Warszawa ma jeszcze jedną zaletę. Gdy wpisujesz z klawiatury swój adres, nazwę miasta wbijasz za pomocą trzech palców lewej ręki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s