Ludowe wierzenia na temat Warszawy

„Nienawidzę tego miasta i nie wyobrażam sobie tam żyć. Stolica jest okropna, zatłoczona, zakorkowana, brzydka, ludzie są nie mili, a szczury ścigają się od ubojni w podziemiach dworca centralnego, aż po Żerań. Wietnam, Moskwa i Kongo mają tam zbyt silną reprezentację. Drogo niewygodnie, stresująco i brzydko (w tym miejscu wstawiłbym dowolny obrazek z czasów, gdy Kwaśniewski Olo tańczył disco-polo, tyle, że kiedyś ograniczały nas 24 klatki na kliszy). Nasze miasto ma idealny rozmiar, w Warszawie jedziesz i jedziesz, a końca nie widać” – Wiktor nie pierwszy raz wyrażał ze zdwojoną emfazą swoje zdanie na temat największego polskiego miasta.

Kilka dni wcześnie Wiktor jechał w delegację. Miał zaprezentować pomysły na ogólnopolską kampanię reklamową w trzech dużych kopro-firmach-potencjalnych-klientach. Zamiast o zwyczajowej ósmej z minutami, swoje małżeńskie łóżko musiał opuścić o piątej bez minut. Gdy z trudem przyjmował pozycję wertykalną, jego piękna, długonoga, pachnąca, odziana jedynie w czarną jedwabną halkę blond żona, przewracała się akurat na drugi bok (drogie Panie, męża proszę opisać samodzielnie). Był późny listopad, powiewał wiatr, a temperatura powietrza wynosiła plus jeden, czyli odczuwalnie minus milion.

W sporym niedoczasie, Wiktor dowlókł się na główny PKP. Wersji hard, a więc podróży samochodem, w 4 osoby, DK7 czy autostradą A2 kończącą się w Strykowie na szczęście nie musiał już uprawiać. Wsiadł w pękający w szwach EIC, otrzymał pod nos lurowaty, ciemny płyn oraz firmowego wafelka PKP INTERCITY, o pięciu smakach gówna. Omiotło go tysiąc zrezygnowanych spojrzeń ludzi, którzy tego końca środka nocy (wczesny poranek miał dopiero nadejść) znalazły się w podobnym położeniu, co on.

Obudził się, gdy pociąg ruszał z Warszawy Zachodniej. Z fryzury i z pietyzmem dzień wcześniej wyprasowanej koszuli pozostał artystyczny nieład. Gdy skład osiągnął Warszawę Centralną, przyszedł czas na bieg z przeszkodami na postój taksówek. Wiktor zahaczył też o kiosk, gdzie 69-letnia pani Grażyna, z 33 letnim stażem na centralnym pozbawiła do resztek dobrego humoru, gdy „Jagiełłą” próbował zapłacić za paczkę gum (do żucia). Potem przyszedł czas na serię spięć z taksówkarzami, gdyż sytuacja pod dworcem odnośnie tego, kto i z jakiej korporacji może stać pod dworcem, a kto nie, wciąż jest tematem, którego Ratusz jakoś dziwnie się brzydzi.

Jedyną rzeczą, o której marzył Wiktor, było dotarcie na spotkanie, więc niespecjalnie protestując wsiadł do pojazdu taksiarza, który krzyczał najgłośniej. Taryfa wytoczyła się z postoju, i niespiesznie ustawiła się do wszechobowiązującego w rejonie dworca Centralnego korka. Licznik bił, podobnie jak zegar, dokładający Wiktorowi kolejne minuty do spóźnienia. Wiadomo, o tej porze roku pociągi docierają na miejsce, ale na czas już niekoniecznie.

Z poczuciem utraconej godności i podziurawionego przez taksometr portfela, Wiktor wszedł do pierwszego biura, gdzie miało mieć miejsce spotkanie numer jeden. Była 10 z minutami. W biurze potencjalnego kontrahenta wszyscy byli właśnie na etapie pierwszej kawy, wypoczęci, bo przespali ostatniej nocy tyle godzin, ile dla gatunku ludzkiego przewidział Darwin, a nie komendant jakiegoś obozu.  Wypoczęci też dlatego, że ich partnerzy również sypiają w jedwabiu lub w bokserkach CK, więc ich poranki zostały wzbogacone o dodatkowy element, dokładnie tek, który właśnie przyszedł Ci do głowy.

Dzień był długi i stresujący, a Wiktor nie załatwił praktycznie nic. Pierwsza prezentacja niezmiernie podobała się zgromadzonym, co Wiktora zupełnie nie zdziwiło – urobił się w końcu przy jej przygotowaniu niczym koń pociągowy. Sęk w tym, że nie obejrzał jej dyrektor handlowy, the decision maker, którego przerosło zaproponowanie za pośrednictwem outlooka innego terminu na prezentację. Drugie spotkanie, w innej korpo, przesunęło się o godzinę z przyczyn obiektywnych. Oprócz godziny, zmieniła się też strategia sprzedaży, kampania wymagała korekt, a więc również ponownej, ostateczniej prezentacji. Trzeci meeting w ogóle nie doszedł do skutku, ze względu na opóźnienie spotkania z numerem drugim. Warszawa ewidentnie pragnęła zostać odwiedzona ponownie.

Mimo, że podróż do stolicy Wiktor odbył w ćwierć letargu, przy pulsie osiągającym 50 uderzeń na minutę tylko w chwili kontroli biletów, był w stanie rozpoznać sporo twarzy w pociągu powrotnym. Utożsamiał się z nimi. Były, zmęczone, wkute, przejechane walcem rzeczywistości pracy poza centralą. Na tym etapie Wiktor był skłonny zabić, głównie innowatora odpowiedzialnego za możliwość czytania e-maili w telefonach. Jedna z wiadomości, którą jakże lekkomyślnie odebrał, dała mu zajęcie na całą drogę powrotną i jeszcze kawałek wieczoru. Wiedział, że kochająca żona zrozumie jego zapracowanie, ale miał też świadomość, że żaden bukiet kwiatów nie zastępuje obecności. Nie było powodów do złudzeń, zamiast jedwabiu bądź koronki, na zbliżającą się noc mógł spodziewać się jedynie flanelowej pidżamy.

Jeszcze tego wieczoru Wiktor postanowił, że zostanie aktywistą walczącym o przeniesienie stolicy choćby do Olsztyna, zrównanie Warszawy z ziemią i postawieniu w miejscu ugoru pomnika umęczonych. Swoją nienawiść krzewi do dziś, a pojedynki jego ukochanego klubu z drużynami ze stolicy stały się dla niego meczami podwyższonego ryzyka. Na kamiennych tablicach zapisał krwią, że jego potomkowie będą omijali miasto stołeczne najszerszym z możliwych łukiem.

Po dziś dzień Wiktor nie potrafi zrozumieć ludzi, którzy przenoszą się do Warszawy. Korki, kradną, kłamią, chamstwo i pospólstwo, handel uliczny, Jarmark Europa rozlany po całym centrum, drożyzna, lans, komercja, „warszafka” i wyścig szczurów. Słyszał też, że cena metra kwadratowego już dawno wstydzi się ubierać w cztery cyfry przed przecinkiem. „Po co komu takie męczarnie, takie drastyczne urwanie dupy” – Wiktor z satysfakcją zapytuje retorycznie przy wódce w sobotnie wieczory. Jedno, czego Wiktor nie rozumie to, że bez dwóch kufrów szczęścia i wywrotki znajomości, powyżej szklanego sufitu, zarówno finansowego i jak stanowiskowego, w lokalnym korpo może nie podskoczyć. I że w razie pożaru, gdy zapali mu się koło dupy (a nie czarujmy się, pożary zdarzają się nawet w lasach tropikalnych), to przez ograniczoność opcji w jego idealnych rozmiarów rodzinnym dużym mieście, może nie zdążyć ogarnąć ewakuacji przed zawaleniem się stropu pod podłogą.

A mit o Warszawie przywożony z delegacji nie wydaje się blednąć…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s